środa, 29 maja 2013

Bereza Kartuska

Temat Berezy Kartuskiej praktycznie nie funkcjonuje w świadomości Polaków. Bezpośrednim impulsem, który skłonił Józefa Piłsudskiego do podjęcia decyzji o utworzeniu obozu, było zabójstwo ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego dokonane przez Hryhorija Maciejkę, działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Jak czytamy w rozporządzeniu z dnia 17 czerwca 1934 r. obiekt ten był przeznaczony dla osób, „których działalność lub postępowanie daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju, lub porządku publicznego„. Określano go jako „nieprzeznaczony dla osób skazanych lub aresztowanych z powodu przestępstw”. Był to więc prewencyjny obóz odosobnienia dla więźniów politycznych.Utworzono go 12 lipca 1934 roku na mocy rozporządzenia z mocą ustawy prezydenta Ignacego Mościckiego z dnia 17 czerwca w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu. Pomysłodawcą utworzenia obozu był premier Leon Kozłowski, a jego pomysł zaakceptował Józef Piłsudski nazywając to zarządzenie „czerezwyczajką”. Rozporządzenie zezwalało na utworzenie wielu takich miejsc odosobnienia, ale utworzono tylko jedno – w Berezie. Obóz mieścił się w budynku dawnych carskich koszar. W Brześciu strażnikami byli żandarmi wojskowi i oficerowie WP. Wywołało to złe wrażenie w wojsku. W Berezie byli już tylko policjanci. Protestował przeciwko temu, bezskutecznie, komendant główny policji gen. Kordian Zamorski. Uważał, że służba w Berezie deprawuje młodych policjantów.
   Pierwszymi osadzonymi, posiadającymi dwa pierwsze numery więzienne, byli narodowcy z Krakowa, działacze Stronnictwa Narodowego – Antoni Grębosz i Bolesław Świderski. Zostali oni przywiezieni do Berezy Kartuskiej 6 lipca 1934 roku o godz. 20. Nad ranem 7 lipca dołączyło do nich dziesięciu ONRowców z Warszawy. Był to słynny wówczas „transport warszawski”, w którym znajdowali się czołowi działacze organizacji, prawdziwa elita ruchu ONR. Byli to adwokaci: Henryk Rossman, dr Jan Jodzewicz, Mieczysław Pruszyński, Henryk Łączyński, Edward Kemitz, a także studenci Bolesław Piasecki, Zygmunt Dziarmaga, Władysław Hackiewicz, Jerzy Korycki i Włodzimierz Sznarbachowski. Był to jedyny zbiorowy transport narodowców i naprawdę wyjątkowy. Każdy warszawski narodowiec przed opuszczeniem aresztu śledczego przy ul. Daniłowiczowskiej, w którym byli przetrzymywani już od 21 czerwca, otrzymał tort i bukiet róż z imiennym bilecikiem, następnie wszyscy pod eskortą zostali przewiezieni na Dworzec Wileński skąd pociągiem udali się w długą drogę do stacji Błudeń na Polesiu (Bereza Kartuska nie miała połączenia kolejowego). W trakcie podróży strażnicy zachowywali się wobec więźniów niemal jak służba a nie jak eskorta, m.in. donosili narodowcom wódkę i zakąski. Być może policjantom imponowała ogłada, wysoka
pozycja społeczna niektórych i ich eleganci ubiór. W każdym razie atmosfera na tyle się rozluźniła, że na stację Błudeń, zarówno aresztanci jak i ich eskorta przyjechali mocno „wstawieni”. Na ten widok, oczekujący na „transport warszawski” specjalny oddział policji z Golędzinowa, zaaresztował natychmiast strażników odbierając im broń i pasy a rozweselonych aresztantów, przekleństwami i groźbami, przywrócono do porządku. Miał to być przedsmak tego, co czekało narodowców w „Miejscu Odosobnienia”.Zaraz po przywiezieniu Świderskiego i Grębosza, czyli pierwszych osadzonych, do obozu trafiło trzech Białorusinów z komunistycznej partii chłopsko-robotniczej „Selrob”. W kolejnych dniach i miesiącach przybywały transporty działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Komunistycznej Partii Polski, Komunistycznej Partii Ukrainy i wspomnianego już „Selrobu”. Byli to przeważnie Ukraińcy, Białorusini i Żydzi, którzy sympatyzowali z komunistami. Generalnie przez pierwsze dwa lata funkcjonowania obozu, Bereza przeznaczona była dla działaczy politycznych zdelegalizowanych bądź nielegalnych, w myśl polskiego prawa, organizacji. Potem przyszedł etap kryminalny. Mianowice władze zauważyły, że obóz może doskonale się przydać do zapobiegania działalności sutenerów, paskarzy, handlarzy narkotyków itd. W ten sposób policja mogła usuwać osobników, o których wiedziała, że popełniają przestępstwa, ale nie miała wystarczających na to dowodów. Kryminaliści mocno dokuczali Ukraińcom i politycznym zesłańcom wszelkiej narodowości, szczególnie inteligentom. Bili ich i zmuszali do obsługiwania siebie.  Liczba osadzonych w Berezie Kartuskiej trudna jest do oszacowania, podawane są liczby od 3000 do 16 000 osób, które przewinęły się przez obóz w okresie ponad 5 lat jego funkcjonowania. W sumie w całym okresie funkcjonowania obozu można się doliczyć 71 osadzonych tam narodowców. Celem obozu było złamanie psychiczne osadzonych, aby już nigdy nie sprzeciwiali się władzom państwowym. W tym celu stosowano przede wszystkim terror psychiczny ale nie stroniono również od terroru fizycznego. Torturą była już wstępna procedura przyjmowania osadzonego do obozu. Przybywający, po wstępnych formalnościach, w czasie których obrzucano ich wyzwiskami, kierowani byli do izby przejściowej na kwarantannę, która trwała 3 dni. Izba przejściowa była nieumeblowana, okna do połowy były zabite dyktą, a górne były otwarte, przez co w zimie panowała tam zawsze temperatura poniżej zera. Podłoga była betonowa. Przez cały dzień więźniowie musieli stać zwróceni twarzami do ściany. W nocy mogli położyć się bez przykrycia na betonowej podłodze, jednak co pół godziny policjant budził osadzonych, każąc im wstawać, stawać pod ścianą w szeregu, odliczać, biegać, padać, skakać. Po tym więźniowie mogli znowu położyć się na pół godziny. Jakiekolwiek uchybienie w postawie, które dowolnie oceniał policjant, powodowało natychmiastowe bicie pałką. Zresztą w izbie tej bito więźniów stale bez jakiegokolwiek powodu oraz masakrowano ich do krwi. Do tortur należała również codzienna gimnastyka, która z tradycyjnym treningiem, nie miał nic wspólnego. Gimnastykę prowadzili policjanci lub „instruktorzy” rekrutujący się z więźniów kryminalnych. Chcąc się zasłużyć, byli oni często okrutniejsi niż policjanci. Gimnastyka była jednym z największych udręczeń zarówno ze względu na długotrwałość (siedem godzin dla tych, których nie kierowano do pracy oraz brak 
przerw), jak i prowadzenie jej systemem karnych ćwiczeń wojskowych, stosując ciągle komendy „padnij”, „czołgaj się”, urządzając całe godziny biegów itd. Celem tych ćwiczeń było osiągnięcie największego zmęczenia więźnia. Spośród „ćwiczących” wybierano specjalną grupę, ironicznie nazywaną „podchorążówką”. Kierowano do niej tych, których policjanci uznali za opornych a także nowo przybyłych. Grupa ta ćwiczyła albo na sali służącej w lecie za pracownię betoniarską (każde poruszenie podnosiło z podłogi tumany betonowego kurzu leżącego grubą warstwą do 5 cm i powodowało duże trudności w oddychaniu) lub za rogiem bloku mieszkalnego, w miejscu, gdzie z ustępów wypływała uryna, rozlewając się w wielkie kałuże. W dniach odwilży ćwiczono tam czołganie się. Więźniowie musieli poruszać się biegiem. Nie wolno im było ze sobą rozmawiać. Policjanci zwracali się do nich per „sku…synu”, „kur… mać”, „świńskie ścierwo”.Torturą było nawet wypróżnianie się. Tę czynność fizjologiczną można było załatwić tylko raz na dobę, rano – 20 ludzi stawało w pokoju z betonową podłogą i na komendę każdy z nich miał obowiązek rozpiąć się, załatwić i zapiąć w ciągu kilkunastu sekund, co było oczywiście czasem niewystarczającym, wobec czego ludzie stale chodzili niewypróżnieni, co było dolegliwe szczególnie przy kilkugodzinnej gimnastyce. Ofiarą tego właśnie procederu padł m.in. Henryk Rossman. Praca osadzonych również wpisywała się w ponurą praktykę tortur. Do prac należało m.in. czyszczenie ustępów dokonywane małą szmatką, a więc w praktyce gołymi rękami, przy czym przed posiłkiem nie pozwalano umyć rąk ubrudzonych kałem. Za najbardziej uciążliwą pracę uznawano pompowanie wody, które odbywało się przy użyciu kieratu. Orczyki były tak przymocowane, że więźniowie musieli pracować w głębokim pochyleniu. Kazano wykonywać również prace całkowicie bezsensowne jak kopanie i zasypywanie rowów, przenoszenie ciężkich kamieni z miejsca na miejsce. Za uchybienia w pracy więźniowie dostawali chłostę od 5 do 50 uderzeń w twarz. W pierwszym okresie, gdy w obozie przebywali narodowcy, liczba więźniów wynosiła 219. Wraz ze zbliżaniem się tragicznego września 1939 roku, gdy na kresach wschodnich rozwijała się proradziecka propaganda, rosła liczba
osadzonych w Berezie komunistów. Np. w roku 1936 na 369 osadzonych było aż 342 komunistów, najsłynniejszym z nich był Franciszek Jóźwiak, w okresie PRL komendant główny Milicji Obywatelskiej. W ostatnim, trzecim, etapie, na kilkanaście miesięcy przed wybuchem wojny, Berezę zapełnili Niemcy, głównie hitlerowcy. Zdarzało się jednak, że do Berezy wysyłano osoby winne tylko tego, że miały nazwiska niemieckie. W ten sposób do obozu trafił m.in. Wedel, właściciel słynnej fabryki czekolad. Warto dodać, że do „Miejsca Odosobnienia” trafiali również działacze legalnych ugrupowań, Stronnictwa Narodowego, Stronnictwa Ludowego i Polskiej Partii Socjalistycznej a nawet sanatorzy, jak znany publicysta Stanisław „Cat” Mackiewicz, który został „odosobniony” na okres 17 dni pod za rzutem osłabiania ducha obronnego Polaków, gdyż ostro krytykował politykę obronną i zagraniczną ówczesnych władz, szczególnie ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. Ciekawą dygresją może być fakt, że syn wojewody, Lesław Biernacki, jako działacz ONR, również był poszukiwany przez policję, a jego ojciec rozesłał do wszystkich podległych mu komisariatów ogólnik, w którym nakazywał aresztowanie syna i natychmiastowe odesłanie go do Berezy. W okresie okupacji Lesław Biernacki jako żołnierz Konfederacji Narodu, wojennego wcielenia ONR-Falangi, poległ w potyczce z Niemcami w 1943 roku. Miejsce odosobnienia w Berezie Kartuskiej funkcjonowało do 17 września 1939 roku czyli do agresji sowieckiej na Polskę. Armia Czerwona śpieszyła się, by jak najszybciej oswobodzić obóz w Berezie Kartuskiej, który miał być dowodem na „faszyzację” Polski. Policji z nadzoru obozu udało się uciec przed sowieckimi jednostkami, jednak zostali oni w większości wyłapani i zamordowani w Ostaszkowie. W propagandzie komunistycznej jest mowa o „wyzwoleniu” obozu przez Armię Czerwoną, która wypuściła wszystkich więźniów przeważnie komunistów (ponad 90 % osadzonych) i Niemców będących na usługach III Rzeszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz